Piątek, 18 Sierpnia 2017 - Ilony, Bronislawa, Heleny

W Jarocinie będzie bomba!

Zacznę trochę przewrotnie. Czy kiedykolwiek myślał pan, że będzie występował na festiwalu w Jarocinie?
Nie, powiem szczerze, że nie myślałem, że jest tam miejsce na moją muzykę. Zawsze byłem fanem rocka. Od samego początku, może wstyd się trochę przyznać, najbardziej podobał mi się ich image. Żal mi, że współcześnie jazzmani, nie mają już tego stylu, jak Parker, Coleman Hawkins i inni. Image kiedyś był bardzo ważny dla czarnych artystów jazzowych. Potem przyszli hipisi i my już tego stroju po nich nie przejęliśmy - to była domena rockmanów począwszy od Beatlesów, Stonesów, po Ten Years After... Pamiętam nawet, jak kiedyś stałem przy plakacie TSA i pomyślałem: „Ku*wa, jak oni rasowo wyglądają!”. Podobało mi się to. Dlatego mam zawsze sympatyczne podejście do tej muzyki. Również muzycznie, szczególnie do takich wyrafinowanych zespołów jak Red Hot Chili Peppers czy AC/DC, którzy pokazują, że w rocku ważny jest show, nie tylko muzyka. Interesowałem się nimi, trochę ich posłuchałem… Innych zresztą też, nie tylko rockowych, jak Boba Marleya, który ciągle jest mi bardzo bliski. Interesowałem się też bardziej wyrafinowanymi rzeczami, aczkolwiek prostota też jest wspaniała w tej muzyce.

W latach 70-tych, kiedy zaczynał się ten festiwal i później - w latach 80-tych - Pan już tworzył wielkie projekty. Czy do pana w ogóle docierały informacje o festiwalu w małym mieście, w centrum Polski?
Oczywiście! To był znany festiwal! On miał swoją renomę. Interesował mnie. Zawsze z ciekawością patrzyłem na tego typu rzeczy. Niespecjalnie siedziałem w tym, nie słuchałem jakoś bardzo, ale oczywiście, że wiedziałem o festiwalu w Jarocinie. Jasna sprawa.

Wtedy przez dość długi czas festiwal miał bardzo przekrojowy format...
Wtedy tańczyło się pogo - to był festiwal. Ja się kręciłem w tym czasie w „Remoncie” i może nie grałem tej muzyki, ale byłem z nią osłuchany. To były czasy Brygady Kryzys. Ja się z nimi dobrze znałem, bo oni mieli próby właśnie w „Remoncie”. Lubiliśmy się bardzo. Zresztą, do tej pory mam bardzo dobre kontakty z Robertem Brylewskim, czy Tomkiem Lipińskim. Zawsze się gdzieś - mniej lub więcej - kręciłem koło rocka… Tolerancja jest dla mnie ważnym słowem i ma znaczenie. Również w muzyce tolerancja jest istotna. Staram się nie oceniać muzyki. Staram się w każdy gatunek włożyć trochę wysiłku, żeby go zrozumieć, wczuć się w niego, wejść, słuchać parokrotnie, żeby wyjść zawsze na „tak”.

Traktuje to pan jako źródło inspiracji?
Tak, każda muzyka może być dla mnie źródłem inspiracji. No, może nie każda, bo trudno mi powiedzieć o disco polo, że jest dla mnie źródłem inspiracji… Ale może w jakiś sposób też, bo patrzę i nie mogę pojąć, jak można w taki sposób śpiewać?

Odbiór ostatniej pańskiej płyty jest niesamowity. Słyszy się porównania do “Kind of Blue” - wielkiego projektu. W wywiadach można wyczuć, że pan też jest z niej zadowolony…
Tak to prawda. Ja jestem z niej bardzo zadowolony.

Z płyty wyłania się obraz muzyka z ogromnym dorobkiem i doświadczeniem. Czy trudniej jest panu o tę inspirację teraz niż kiedyś?
Nie jest mi trudniej. Ja to robię niejako automatycznie. Lubię różnorodność. I to we wszystkim - w życiu, w miastach, w społeczeństwie. Dlatego też martwi mnie ta dzisiejsza sytuacja na świecie. Nowy Jork jest dla mnie pięknym, wspaniałym miastem, bo tam mieszkają różni ludzie i każdy coś wnosi. Różnorodność jest przejawem bogactwa społecznego. W muzyce jest to samo. Dlatego wszystko sobie cenię. Uważam, że zawsze może mnie coś zainteresować, zainspirować, a przede wszystkim, nauczyć.

Czy to tę naukę definiuje pan jako cel, a nie sam akt tworzenia?
To wszystko się łączy. Od samego początku wiedziałem, że lubię się kształtować w taki sposób. Nie chcę celowo czegoś robić. Chcę poddawać się sytuacjom, które mnie stworzą. Uważam że proces ewolucji, procesy dotyczące całości życia, są nieprzewidywalne dlatego też staram się naśladować ten mechanizm w stosunku do pracy nad sobą. Nie rozwijam się konsekwentnie i świadomie. Uważam, że mój mózg jest za słaby, żeby coś kreatywnego zrobić. Natomiast, gdy się nasączę wieloma różnymi gatunkami muzyki, w mózgu, w mojej podświadomości, tworzy się jakaś synteza, która w pewien określony sposób powoduje, że idę w takim a nie innym kierunku. Sam rodzaj kierunku jest nieistotny. Chciałbym robić swoje rzeczy związane z samym sobą, czyli to czym będę nasączony. Mniej więcej tak będę grał i komponował.

Szuka pan tych sytuacji w nieznanym?
Różnorako, gdzie się tylko da. Staram się też łączyć swój zasób tak, aby mieć większą bibliotekę wrażeń i przeżyć… Myślę, że rzeczy, które są przeze mnie negatywnie odbierane, mają też wpływ na proces twórczy. Nie ma cudów. Wolę słuchać dobrego bluegrassu (amerykański styl muzyki rozrywkowej z lat 50. XX wieku, wywodzący się z muzyki country, wzbogaconej wirtuozowską improwizacją - przyp. red.) niż muzyki alpejskiej, piwnej, niemieckiej czy naszego disco polo, które mniej mnie interesuje. Jestem tolerancyjny, szanuję wszystkich, ale inaczej tego słucham. Raczej patrzę w jaki sposób można mieć przyjemność w śpiewaniu takiej muzyki, jaką tworzą discopolowcy. Nie oceniam tego w żadnym wypadku. Nie daje sobie takiego prawa, żeby cokolwiek oceniać.

Trochę taki gabinet osobliwości…
O dokładnie, właśnie tak. Coś egzotycznego. Dla mnie bardzo egzotycznego.

A współpraca z Enrico Ravą - czy to też jest stwarzanie sytuacji do inspiracji?
To jest projekt. Nasza przyjaźń, w tym wypadku, wyda pewien efekt, w którym będziemy się dobrze ze sobą czuli. Sam dokładnie nie wiem, co z tego wyniknie... Mamy świetną sekcję rytmiczną. Pianista, który z nami będzie grał - Giovanni Guidi - jest bardzo młody, ale też oryginalny i ekscentryczny. Gra różnorako, ma szerokie spektrum. To ciekawa postać, która doda pewnego kolorytu naszemu występowi. Podczas prób przygotowujemy małą sesję standardów, ale ona się będzie rozwijała w trakcie trasy koncertowej. W Jarocinie już wszystkie rzeczy będą ustalone i powinna być bomba.

Nie wiem, czy muzyka, pana formatu i doświadczenia, można o to zapytać, ale czy może się pan czuć nieswojo w Jarocinie, biorąc pod uwagę, że festiwal ma bardzo ostre konotacje?
Na pewno nie będę się czuł nieswojo - wiem to z doświadczenia. Dawniej bym się może obawiał przyjęcia, tego, że młodzi ludzie powiedzą, że plują na to co im prezentuję. To oczywiście byłoby niemiłe. Teraz, z doświadczenia wiem, że jeśli jest duży festiwal, który ma określoną muzykę - w tym przypadku rockową - zawsze dobrze jest na nim przyjmowany jeden, nie za długi, występ innej muzyki. W ten sposób publiczność wartościuje bardziej siebie. Mają swoją ukochaną muzykę przez wiele dni, natomiast, taki rodzynek jak ja, da im poczucie swojej wartości. Nie obawiam się tego występu. Wiem że przyjęcie będzie na tak, a jeśli przyjęcie jest na tak, to zawsze publiczność, która jest w jakiś sposób wyrobiona, a taką na pewno jest publiczność „Jarocina”, będzie odbierała taki koncert z dużym, pozytywnym zaciekawieniem. My jesteśmy dobrym bandem, więc damy sobie radę z tą publicznością. Zapewnimy im ekspresję, pewną dozę liryzmu, walory techniczne - to wszystko, co będziemy grali. Ludzie instynktownie znają się na wielu dobrych rzeczach.

Niemen, który był witany gwizdami, a żegnany owacją na stojąco...
Naprawdę, aż tak było?

Tak. Wystąpił solo. W tym roku jest duże nawiązanie do tego jego występu. Jarocin także patrzy w tę stronę. Przyznam, że sam nie mogę się doczekać tego akcentu, jakim będzie i pana koncert. Z jednej ubarwi to jarocińską scenę, a z drugiej właśnie ciekawi mnie odbiór młodych ludzi.
Ja też jestem bardzo ciekawy. Jeszcze z dziesięć lat temu bym się trochę obawiał reakcji, lecz doświadczenie mi powiada, że będzie dobrze. Powinna być bomba.

Panie Tomaszu, a - z trochę innej beczki - jak z międzynarodowej perspektywy wypada nasza polska scena muzyczna?
My się teraz bardzo szybko rozwijamy. W ogóle cały świat się rozwija. Z punktu widzenia muzyki jazzowej jest cała masa świetnych muzyków. Naprawdę eksplozja! Ja już nawet nie usiłuję nadążyć za tym. Kiedyś wszystko dokładnie wiedziałem, bo były to sztuki, które można było policzyć na palcach. Pamiętam, że gdy byłem jeszcze bardzo młody i grałem w krakowskim zespole (Jazz Darings - przyp. red.), moim marzeniem było trafić na dobrego perkusistę. Teraz tych muzyków jest masa, są wspaniali, zawodowo doskonale przygotowani. Miałem okazję mieć z nimi kilka projektów. Z dużą przyjemnością patrzę na popowe produkcje, jak np. Brodka. Również ci, którzy występują w show, jak „Mam talent”, są bardzo dobrzy. Nie wiem czemu… To jest chyba ogólny rozwój muzyki i sprzętu na całym świecie. Muzyka teraz wszędzie towarzyszy ludziom, Może to stąd się bierze?...

Wywołał Pan we mnie pytanie, o czym teraz marzy Tomasz Stańko?
Chcę do końca grać swoją muzykę. Chcę, żebym miał stałe tempo do końca życia, na tej drodze, którą idę. Jestem z niej zadowolony bo osiągnąłem właściwie wszystkie rzeczy jakie chciałem osiągnąć. Nie mogę narzekać na swoją sytuację artystyczną. Chciałbym się po prostu utrzymać, bym mógł grać dalej, tak jak gram. Nie wiem czy to jest marzenie… Ja właściwie nie marzę. Wszystko co chciałem w życiu, to miałem. Nie marzę nierealnie… Jeśli marzę to zupełnie bujam w obłokach i to jest proces, który pozwala mi się zrelaksować. Tak, normalnie nie marzę o rzeczach, które są niemożliwe. Wszystko staram się robić w zasięgu swoich umiejętności. Mam świetny band. Nie mógłbym sobie wymarzyć lepszego w tej chwili. Właściwie gram to co chcę. Dla mnie trochę niezręcznie jest marzyć o rzeczach, które są nieosiągalne. Marzę o rzeczach, które są osiągalne. A jeżeli są osiągalne, to ja je mam.
Rozmawiał Wojciech Jachowski

Zdjęcie Materiały Prasowe JF2017
2017-07-11 21:47 1735

Komentarze

Ten materiał nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj komentarz

Twój mail będzie nie widoczny.