Piątek, 18 Sierpnia 2017 - Ilony, Bronislawa, Heleny

Silna grupa pod wezwaniem Czesława Niemena

Przyznam szczerze, że miałem trochę problemu z tą rozmową. Lubisz udzielać wywiadów, dużo mówisz i nie wiem czy czasem wszystkiego już nie powiedziałeś…
(śmiech)

Stwierdziłem więc, że zapytam trochę inaczej - czy ty w ogóle masz jakieś kompleksy?
O, i od razu duże pytanie! Hmm… Myślę że zawód, który uprawiam jest pewnego rodzaju sposobem radzenia sobie z kompleksami. Staram się dojrzewać powoli, bo już na to czas - mam prawie 33 lata - próbuję znaleźć „złoty środek”, żeby nie skakać między samouwielbieniem a depresją i znaleźć swoje miejsce w dzisiejszym świecie, prawdziwy obraz siebie. Natomiast, oczywiście - pewnie, że mam kompleksy. Chciałbym być wyższy. Chciałbym być czarny. Chciałbym lepiej grać i śpiewać…

Muzycznie czego ci brakuje? Wygrałeś „Idola”, Wojtek Waglewski mówi, że jesteś jedyną osobą, która może udźwignąć Niemena, na stronach Jarocińskich Rytmów Młodych nazwano cię „jednym z lepszych wokalistów w Polsce”. No kurde, jesteś gość!
To bardzo miło, ale raz - ja musiałbym jeszcze w to wszystko uwierzyć, a po wtóre - ja nie mam górnej granicy, zawsze mi będzie wszystkiego mało. Nawet jakbym dostał Oskara i Grammy to na pewno byłoby mi mało. Czego mi jeszcze brakuje? Sławy i pieniędzy, bo po to wszedłem w show biznes (śmiech). Żartuję oczywiście. Robię to co robię przede wszystkim dlatego, że kocham muzykę. To jest jedyna rzecz, która sprawia mi frajdę i potrafi mnie nakręcić. Nie ma większego stymulantu niż muzyka, więc póki sił mi starczy to będę to robił.

Cały czas przewija się u ciebie wątek przeciętności. Próbujesz udowodnić wszystkim wokół, że nie jesteś zwykłym wyrobnikiem, tylko fachowym pracownikiem muzycznym?
Bardziej sobie. Gdybym chciał wszystkim wszystko udowadniać to bym nigdzie nie zaszedł. Robienie piosenek jest dla mnie formą autoterapii, rozliczania się ze sobą. Nie jestem opowiadaczem. Są ludzie, którzy potrafią z czapki wymyślać niestworzone historie i zazwyczaj zostają pisarzami, albo Bobem Dylanem. Ja nie posiadam takich umiejętności. Przynajmniej póki co, więc zawsze staram się opowiadać o sobie. Czasami - wiadomo - coś podkoloryzuje, pójdę w inny zaułek tworząc historię, ale zawsze punktem wyjścia są moje własne doświadczenia, gdyż wydaje mi się, że to jest najlepszy sposób, żeby znaleźć nić porozumienia ze słuchaczami. Dzięki temu oni, gdzieś podskórnie, czują, że ich nie oszukuję, nie wymyślam, opowiadam prawdę. Ja sobie chcę udowodnić, że coś potrafię, A poza tym, niezależnie od moich „wierzeń”, pamiętam z dzieciństwa przypowieść o talentach z Nowego Testamentu. Cały czas mi w głowie siedzi, że skoro Bozia już dała mi talent i, powiedzmy, przyzwoicie zaczynam śpiewać, powinienem go rozwijać. Jak już mi się wydaje: „Łałałiła, ale jestem fajny!”, to za chwilę sobie puszczę paru wychowawców zagranicznych i okazuje się, że kładą mnie pierwszą frazą. To tyle. Wiadomo, że takie podejście może wpędzić człowieka w kompleksy, ale - z drugiej strony - jest motorem napędowym, który powoduje, że cały czas wiem, że muszę ćwiczyć, rozwijać się, żeby być coraz lepszym. Dobrze jest mi w tym momencie, w którym jestem. Bardzo się cieszę, że ludzie pozytywnie reagują, coraz liczniej przychodzą na koncerty, natomiast to absolutnie nie jest ten moment, w którym osiądę na laurach i powiem: „No dobrze, doszedłem gdzieś tam…” Cały czas jestem na początku drogi.

Mówisz, że starasz się być perfekcjonistą. Ponoć, jak ci jakiś akord nie wyjdzie na koncercie, chodzisz struty przez tydzień?
Tak, no tak dawniej bywało... W tej chwili staram się odpuszczać, bo wiem, że robię sobie tym krzywdę. Ale nie zapominam… Teraz mi przypomniałeś, jak graliśmy w Opolu - w dodatku jakiś cover AC/DC i zamiast E7 zagrałem A7. To było z 10 lat temu, a do dzisiaj siedzi mi na wątrobie. Taki jestem… W horoskopach jest napisane, że panny niby są perfekcjonistami, a ja jestem panną, więc to może stąd?... Ale z drugiej strony piszą, że panny mają skłonność do pedanterii, a gdybyś zobaczył moje bałaganiarstwo w sali prób, czy pokoju hotelowym - to uznałbyś, że bardzo daleko mi do takiej typowej panny pod tym względem.
„Zelig” był bardzo wypieszczony muzycznie…
Tak.

… natomiast na „Złocie” chyba jest trochę…
Trochę więcej brudu, tak. To wynikało z tego, że „Zeliga”, po pierwsze, robiłem osiem lat. Po drugie, przy „Zeligu” musiałem się zmierzyć z tym, że nie było mnie tak długo na rynku. Wiedziałem, że muszę pokazać coś ekstra bo inaczej zniknę i nie będę miał już następnej szansy. Całe odium programu który paręnaście lat temu wygrałem, a które wisiało nade mną, powodowało, że musiałem udowodnić, że jestem coś wart. Przy „Złocie” musiałem zostawić pewne rzeczy takie jakie są - niedopieszczone, nie do końca wyprodukowane. Miałem deadline. To było największe błogosławieństwo, bo mimo tego całego perfekcjonizmu, moja siła leży w graniu na żywo, w tym, że za każdym razem jest coś trochę innego, że nie zawsze wgram wszystko w punkt. W jakiejś takiej ekspresji nieudawanej… Dzięki Bogu na „Złocie” udało się zostawić to, że czasami coś nie stroi. Ale to jest ten wokal, który zaśpiewałem. Nie wypieszczony, nie poskładany z 20 wersji. Prawdziwy.

W ilu procentach, czysto matematycznie, jesteś zadowolony ze „Złota”?
60.

Szybka odpowiedź.
No, może w 70… Nie no, niech będzie 60 proc. (śmiech).

Zostając jeszcze na chwilę przy „Złocie”, powiedz mi, kiedy byłeś uchodźcą?
W poprzednich wcieleniach. Wszyscy skądś przyszliśmy... Gdyby prześledzić moje drzewo genealogiczne, zdaje się, że od strony ojca mam szkockie korzenie. Mój pra-pra-pra-dziad przywędrował tu za chlebem, w poszukiwaniu majątku, czy sławy i pieniędzy. Nie wiadomo. Wszyscy skądś przychodzimy. W nie tak odległej historii naszego kraju - gdy Polska nie istniała na mapie - też przecież niedobitkowie z powstań - listopadowego i styczniowego - błąkali się gdzieś po Europie. Też byliśmy uchodźcami. Cały czas nie wolno o tym zapominać. Nie wolno, pompowanemu na siłę i sztucznie (bo zawsze zła informacja to dobra informacja, czyli taka która się sprzeda) strachowi wziąć górę nad podstawowymi ludzkimi odruchami. Wiadomo że terroryzm jest zagrożeniem, ale i tak codziennie dużo więcej osób ginie w wypadkach samochodowych. Poza tym, przez całe moje życie w Polsce spotkałem może dwóch muzułmanów, więc robienie marszu przeciwko islamizacji Polski… Pokaż mi, gdzie są ci muzułmanie, przed którymi się bronimy! Niemcy przyjęli pół miliona uchodźców. Wiadomo, że niesie to za sobą poważne konsekwencje i teraz policja ma problem, bo część z nich - w poszukiwaniu chleba - handluje narkotykami (które zresztą kupują Niemcy), ale oni przyjęli pół miliona uchodźców, a my - 40-milionowy kraj - przyjęliśmy 16. Koniec końców to wstyd…

Oficjalnie, bo są i tacy, którzy przyjechali poza systemem. Np. w jednej ze szkół w Jarocinie uczy człowiek z Syrii, który przyjechał odwiedzić swojego wujka i został, bo wybuchła wojna.
Rozumiem, ale oficjalnie podawane dane stawiają Polskę w niespecjalnie dobrym świetle. Oczywiście nie mówię, żeby otwierać granicę, przyjmować wszystkich z otwartymi ramionami, natomiast dziwi mnie nienawiść pompowana strachem. I to akurat w naszym przypadku, strachem mocno wyimaginowanym. Czy ci skinheadzi, którzy pod wodzą tego Międlara, idą w Białymstoku widzieli w życiu muzułmanina? To jest coś, co mi się nie podoba. Zachowajmy zdrowy rozsądek.

Zostawmy politykę, wróćmy do muzyki. Dlaczego zabrałeś się za taką „kobyłę”, jak Beatlesi? I dlaczego teraz zabierasz się za Niemena? Co cię w tym pociąga?
Odpowiedź jest banalna - bo mam taką możliwość (śmiech). Skoro zaproponowali mi granie Beatlesów w genialnym składzie, czego tu się bać?

Łatwo ich się gra?
Beatlesów cover’owało 100 miliardów muzyków, a gwarantem tego, że nie zrobimy knajpianego zespołu był skład. Tymon Tymański jest nietuzinkowym człowiekiem i ma świetnych muzyków - łyżkami można jeść każdego z nich. Jak się jeszcze okazało, że Natalia Przybysz będzie śpiewać, to był dla mnie zaszczyt wystąpić z nimi. Mnóstwo nauczyłem się na tych koncertach. Okazało się, że nie muszę się drzeć cały czas. Z mojej perspektywy, najfajniejszymi piosenkami podczas tej trasy były te, które śpiewałem w duecie z Natalią - totalnie cicho i nisko. Okazało się, że we dwójkę potrafimy stworzyć taki klimat, którego nigdy wcześniej nie udało mi się uzyskać, bo zawsze krzyczałem. To była dla mnie dobra lekcja. Podchodziliśmy do tego projektu z miłością i nabożnym szacunkiem do muzyki, więc miałem gwarancję, że będzie co najmniej dobrze… Wiadomo, że nie ścigaliśmy się z Beatlesami, bo to nie miałoby sensu. Mieliśmy wybór - albo bić się w piersi na zasadzie: „Nie no, jestem takim purystą, fanem Beatlesów, absolutnie nie wolno mi ich grać”, albo pomyśleć sobie, że robili te piosenki, po to żeby ludziom sprawić radość. Pograć sobie ich to była duża przyjemność.

Z jakim nastawieniem podejdziesz do Czesława Niemena?
Też z jednej strony, oczywiście, z nabożnym nastawieniem. Natomiast, cały czas - próbujemy - z Jurkiem Zagórskim, który jest szefem zespołu „Niemen-owego” spotykamy się i robimy nowe aranże tych piosenek. Niektóre zostawiamy tak jak są, bo obydwu nas ciągnie w stronę grania w stylu lat 70. Taką muzykę chyba najbardziej lubimy. Wzięliśmy na warsztat też kilka piosenek z późniejszych okresów Niemena, bardziej „wykręconych”, ale żeby to wszystko miało jakiś wspólny mianownik, przearanżowujemy je zupełnie. Wychodzę zawsze od wyciągnięcia podstawowej melodii, a później - zazwyczaj na podstawie kawałka riffu, który się tam przewinął - robię jakiś riff wokalny czy gitarowy i na tym budujemy piosenkę. Tak, żeby ją uprościć. Chcemy to wszystko skroić pod siebie. Tak, żeby pokazać to najlepiej jak umiemy. Żeby znaleźć w jego piosenkach też naszą siłę. Żeby podać go w formie komunikatywnej i takiej, w której nie będziemy się nagle popisywać - mimo że mamy świetny skład - solówkami na klawiszach, bo nie o to chodzi. Poza tym, siostry Przybysz zgodziły się, a wręcz zgłosiły żeby zrobić chórek. Będziemy mieli naprawdę najsilniejszą grupę wokalną pod wezwaniem Czesława Niemena, więc może być grubo.

Skupiacie się na płycie „Terra Deflorata”?
Z „Terra Deflorata” wzięliśmy trzy piosenki i wywróciliśmy je na nice. Tak żeby pasowały do np. piosenki „Przyjdź w taką noc” czy „Jednego serca”.

Tam jest dużo sampli archaicznych, elektroniczna perkusja…
Tak. Też chodzi nam o to, żeby ten koncert był w miarę spójny. Próbujemy więc nowe piosenki opowiadać w starym stylu. Zostawimy linię wokalną, tekst, a całą resztę budujemy trochę od nowa.

W 1987 roku, kiedy Czesław Niemen wystąpił w Jarocinie, wypowiadałeś już pierwsze słowa, ale nie sądzę, żebyś…
Rapowałem. Już miałem pierwsze rapy nagrane (śmiech).

Byłeś już wtedy fanem Czesława Niemena? :)
No nie. Mieszkałem w Lublinie. Było za daleko do Jarocina. Pamiętam tylko, że jak papież przejeżdżał przez Lublin to mnie w okno wsadzali, żebym mu pomachał. Niemen jakoś nie przejeżdżał, więc mu nie machałem. (śmiech).

Za młody jesteś, żeby być na starych odsłonach festiwalu...
Tak, ale pamiętam, jak on się wznowił, chyba w 1994 roku…

W 1994 to on się skończył, a wznowił się w 2005. W 1994 roku były zamieszki…
A no tak, zamieszki! To dlatego pamiętam! Miałem wtedy 10 lat i pamiętam te nagłówki: „Miłość, muzyka, mordobicie”. Byłem przerażony, co to za rzeczy się dzieją.

Skoro jesteś trochę „świeższym” pokoleniem to jak przechodzisz obok jarocińskiego festiwalu? Jako niepotrzebnego reliktu czy…
Teraz mi się przypomniało że z Muchami przecież grałem na „Jarocinie”! I z Hey-em! Widzisz, jaka pamięć jest zawodna… Czyli byłem na festiwalu, tylko już jako muzyk, a nie jako widz… Nie zastanawiam się w takich kategoriach. Jeżeli ten festiwal ma jakąś markę i u wielu ludzi powoduje sentyment, czy jakoś ich wzrusza, to super. Trzeba to wykorzystać i przyciągnąć ich jakoś w tym duchu. A ja po prostu się cieszę, że mam miejsce, pole do popisu, żeby pokazać Niemena w tej nowej odsłonie, ale również żeby przyjechać ze swoim autorskim koncertem.

To jest duże wyzwanie zmierzyć się oko w oko z Niemenem, a ja lubię wyzwania. Z szacunkiem, ale spróbuję pokazać ludziom piosenki z płyt „Terra Deflorata” czy „spodchmurykapelusza”, których nie znają. Znają na pewno „Dziwny jest ten świat”, „Jednego serca”, „Sen o Warszawie” i „Pod papugami”. Nie ma nic w tym złego, ale obok znanych utworów chcę pokazać te mniej znane. To są świetne numery, tylko bardzo przykryte ambitnymi aranżami. Jeżeli ktoś nie jest muzykiem zachwycającym się początkiem lat 90., tymi barwami, nie jest w stanie przebrnąć przez to i dotrzeć do pięknych melodii oraz tekstów. Cieszę się że, mimo wszystko, „Jarocin” nadal jest marką, a ja mam szansę wziąć w nim udział.. Skupiam się przede wszystkim na swojej bajce - Jarocińskich Rytmach Młodych i Niemenie.

Jak się czujesz jako juror? Kiedyś byłeś oceniany w „Idolu”, teraz sam oceniasz…
W moim liceum Staszica w Lublinie był Przegląd Muzyki Różnej „Staś”. Tam też jurorowałem wielokrotnie, więc pod tym względem mam odrobinę doświadczenia... Co do JRM, to przesłuchaliśmy 400 zespołów. Ich poziom był bardzo różny - od średnich, tudzież słabych, po naprawdę super. To było pracochłonne zadanie ale podszedłem do sprawy poważnie.

Masz faworyta?
Mam ze trzech, ale nie będę zapeszał. Zobaczę, jak się sprawdzą na żywo w warunkach stresujących. W dzisiejszych czasach, kiedy każdy ma komputer, czyli każdy ma studio nagraniowe w domu, trudno jest ocenić zespół. Na płycie mogą brzmieć świetnie, a na koncercie sobie nie poradzą. Na szczęście nie jestem jedynym jurorem. Odpowiedzialność będzie zbiorowa.

Jak widzisz polską scenę muzyczną za pięć lat? Co się stanie z zespołem, który wygra JRM w tym roku?
Naprawdę nie wiem, ale wydaje mi się, że polska scena muzyczna ma się coraz lepiej.

Czy jarociński festiwal ma jeszcze taką siłę, że może coś wypromować? Czy został już tylko YouTube i inne Social Media?
To już jest pytanie do mądrzejszych ode mnie. Bardziej do mojego managementu, który szuka dróg do wypromowania mnie. Skupiam się na robieniu piosenek i graniu jak najlepszych koncertów. Wydaje mi się, że gdy grasz dobre koncerty przychodzi na nie coraz więcej ludzi. YouTube w tym pomaga, widzowie nagrywają te koncerty komórkami, wrzucają na YouTube’a i to się rozchodzi pocztą pantoflową.

A „Jarocin” nadal jest marką, więc może sporo pomóc. To nie jest festiwal-efemeryda, który powstał i za dwa lata już go nie będzie. Ma nić połączenia z dawnymi czasami. Skoro grał tu Maanam, Republika i Kukiz - spoczywa na nas pewna odpowiedzialność. To jest część historii tej ziemi, z której wszyscy wyszliśmy. Fajnie, że są takie rzeczy w kraju, które, z przerwami, ale istnieją lata. To zobowiązuje nas, aby poważnie podejść do tematu. Nie wchodzę w cudze kompetencje i nie wiem, jak sprawić, żeby dotrzeć do większej ilości ludzi, ale cieszę się, że mogę w tym brać udział.

Podoba ci się kierunek, który obrał w tym roku „Jarocin”? To, że trochę odchodzi od wielkich gwiazd…
To na pewno odważny ruch. Fajnie, że festiwal jest wprowadzany do miasta, że jest więcej scen, że mają być sytuacje teatralne, happeningi, że „Jarocin” stanie się taki wielozadaniowy… Myślę że to jest dobry pomysł. Cieszę się. Nie mogę się doczekać Niemena, chociaż mam lekki stres czy dam radę…. Chociaż z takim składem, z takimi chórkami - nawet, jeżeli bym gdzieś czegoś nie dociągnął - mając za sobą dwie najlepsze wokalistki w tym kraju - jestem raczej spokojny.
Rozmawiał PRZEMYSŁAW MAĆKOWIAK

FOT. WOJTEK DOBROGOJSKI (Zalewski) 
FOT. TOMASZ CIESIELSKI (Niemen)
2017-07-12 23:03 444

Komentarze

Ten materiał nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj komentarz

Twój mail będzie nie widoczny.