Piątek, 18 Sierpnia 2017 - Ilony, Bronislawa, Heleny

Festiwal nabiera szlachetności

 

Jak się panu ambasadoruje Jarocin Festiwal?

Nazwa „ambasador” jest symboliczna. Przede wszystkim jestem entuzjastą tego miejsca z racji tradycji i chciałbym jakoś na nie wpłynąć. Zajmuję się tylko jednym dniem, a więc jestem jedną z malutkich śrubeczek, natomiast, chciałbym, żeby on nabrał wymiaru kreatywności, aby w tworzenie festiwalu byli zaangażowani mieszkańcy itd. Z Jarocina blisko jest do granicy z Niemcami, więc chciałbym, aby na festiwalu były takie wydarzenia, żeby i stamtąd ludzie przyjeżdżali. Słowem, aby w Jarocinie odbywały się takie rzeczy, jakie nie odbywają się na innych festiwalach. Myślę, że nie od razu, ale powolutku, będzie to do zrobienia.

 

Pamięta pan swoją pierwszą myśl po usłyszeniu tej propozycji?

Hmmm… Trudne pytanie… Od razu się zgodziłem - to na pewno… Pierwszą myślą było: „Ale, że o co chodzi?!” (śmiech), bo „ambasador” jest pojęciem wieloznacznym. Poza tym, że z głębi serca zapraszam na festiwal, zajmuję się jednym dniem - przygotowuję koncerty - i jestem pewny, że potrafię zrobić intrygujący występ. Może nie wszystkich zadowoli (najczęściej wszystkich zadowalają tylko dolary), natomiast, z muzyką - jak wiadomo - jest różnie. Z całą pewnością w trakcie mojego dnia na festiwalu zaprezentują się muzycy kreatywni, grający na międzyświatowym poziomie i nowe rzeczy, jak np. Mitch & Mitch. Być może wydarzy się też coś na scenie... Jestem pewny, ponieważ już robiłem takie rzeczy (W. Waglewski był dyrektorem artystycznym Męskiego Grania w latach 2010 - 2011 - przyp. red.), że to może fajnie zaistnieć. Chciałbym, żeby wszyscy biorący udział w pracy nad tym festiwalem też mieli takie poczucie.

Wydaje mi się, że - na konferencji prasowej (16 lutego w Narodowym Instytucie Audiowizualnym w Warszawie - przyp. red.) - do Jarocin Festiwal 2017 udało mi się przekonać dziennikarzy. W pewnym momencie diametralnie zmieniło się ich nastawienie. Z resztą sam rozmawiałem z kilkoma dziennikarzami, którzy mówili, że „Jarocin” jest już na straty, bo walka o headlinera z takimi tuzami, jak Off Festival, czy Open’er Festival zawsze jest skazana na porażkę. Wydawało mi się - i wydaje nadal - że w Jarocinie istnieje możliwość stworzenia (mniejszymi środkami) czegoś twórczego, o czym będzie się mówiło, a przynajmniej, zacznie się mówić. Odniosłem wrażenie, że zaraziłem dziennikarzy tą ideą.

Bardzo bym chciał, aby za nią poszedł fajny wystrój miasta. Aby mieszkańcy - część pewnie będzie narzekała na hałas (informacja, że festiwal będzie się odbywał w mieście bardzo mnie ucieszyła, bo z tych „starych Jarocinów” pamiętam, że do miasteczka przychodziło się tylko po to, żeby kupić maślankę, piwo i serek topiony i to na nich polegały wszystkie jarocińskie obroty) - zainteresowali się tym, żeby - nie bójmy się tego słowa - zarobili przy okazji. Skoro festiwal będzie się dział w mieście, warto, aby pojawiły się możliwości konsumpcji, baza noclegowa - to wszystko jest kwestią organizacji. Mówiłem o tym wielokrotnie, że są miejsca, w których festiwal dzieje się w samym centrum miasta, np. Suwałki Blues Festival. To jest święto miasta. Mimo że (być może) połowa mieszkańców wolałaby słuchać disco polo, są skazani na - znacznie ciekawszy i lepszy - blues. I to z udziałem artystów z całego świata. Prochu w Jarocinie się nie wymyśla i fajnie byłoby, żeby mieszkańcy - poza tym, że do tej pory przyglądali się jakie dziwadła chodzą po mieście - zainteresowali się festiwalem. Poczuli, że go współtworzą. To wszystko jest możliwe. Pewnie nie od razu, ale chciałbym, aby tak było. Myślę, że tu dużo zależy od organizatorów festiwalu.

 

Jakie możliwości dla swojej wizji imprezy upatruje pan w powrocie festiwalu do miasta?

Zdaje sobie z tego sprawę, że są plusy i minusy takiego rozwiązania. Plusy są takie, że festiwal nabiera troszeczkę szlachetności. Ja, z racji wieku, nie jestem szczególnie zainteresowany tym, czy będzie pogo, czy go nie będzie. Skacząc czułbym się już teraz dość słabo (śmiech). Środowisko miejskie powoduje tzw. „spontan” (jarociński pewnie będzie ograniczony, bo festiwal nie będzie trwał do 5.00 czy 6.00 rano, tak jak kiedyś, tylko skończy się wcześniej z racji uszanowania mieszkańców - to są minusy). Jarocin Festiwal będzie miał cztery sceny. To zaś prowokuje do tego, żeby pokazać nie tylko muzykę, ale i sztuki współpracujące z nią, np. teatr, a to jest wielki plus. Kolejny jest taki, że mieszkańcy to polubią. Nie dość, że polubią, to dojdą do wniosku, że miasto zaczyna być z czegoś znane bardziej niż z legendy festiwalu w Jarocinie, która już dawno wygasła.

Chciałbym, żeby we współpracy przy festiwalu - ale też wśród publiczności - pojawili się ludzie, których stać na to, żeby wyrwać się z marazmu i rzeczywiście chcą coś przeżyć. Mnie, jako staruchowi, pewnie będzie trudniej przekonać do tego młodych ludzi, ale mimo swojego staruchostwa - nie chwaląc się - mam dobry, żeby nie powiedzieć najlepszy, okres w tym, co robię z zespołem. Mam dość dobre znajomości wśród muzykantów i mnóstwo doświadczenia, w związku z czym pewność, że osoby, które zaprosiłem bardzo się zapaliły do tegorocznego festiwalu. A ów zapał udzielił się nie tylko osobom grającym podczas mojego dnia.

 

Miejskość festiwalu odegrała ważną rolę podczas doboru artystów na pana dzień podczas festiwalu?

Absolutnie nie. Nie wiedziałem, że festiwal będzie odbywał się w mieście. Dowiedziałem się o tym na konferencji prasowej. Nie ukrywam, że to jest fantastyczne. Może zmartwi to część publiczności, ale mało będę prezentował muzyki heavy metalowej, zaś post punkową w wersji bardzo wyrafinowanej. Miejskość nada temu troszkę poważniejszego wymiaru niż hucpy, z której już troszeczeczkę wyrośliśmy. Wszystkie większe stadionowe festiwale na całym świecie są już, mówiąc delikatnie, mało interesujące.

 

Jarocin”, pana zdaniem, poradzi sobie bez headlinera?

Chciałbym łaskawie przypomnieć wszystkim marudzącym, że „Jarocin” - za moich czasów - nigdy nie miał headlinerów. Filozofią „Jarocina” było pokazywanie sztuki niezależnej, nie tylko punkowej. Co więcej - „Jarocin” dopiero tworzył headlinerów tzn. ktoś kto „dowalił” w Jarocinie stawał się headlinerem w następnych latach. Jarocińska publiczność była bardzo wymagająca i jednocześnie bardzo wpływająca na dalszą karierę.

Kiedy zdecydowałem się na granie z własnym zespołem, Zbigniew Hołdys powiedział mi, że zanim w ogóle zacznę o tym myśleć, muszę pojechać do Jarocina i, za przeproszeniem, „wypierdolić”. Tak też zrobiłem (śmiech). Od tego jarocińskiego koncertu (w 1985 roku - przyp. red.) zaczęła się moja przygoda z muzyką co dowodzi, że można robić koncerty czy festiwale bez headlinera.

Zależało by mi więc na tym, żeby (to, że wraca się do konkursu młodych zespołów jest rewelacją) pojawili się nowi ludzie. Ile razy można słuchać 70-letnich, wyłysiałych i krzyczących to samo, co 30 lat temu, punków? Ja chcę pokazać zespól - legendę muzyki punkowej, który jest niezwykle twórczy i fantastycznie pracuje. Cieszę się, że udało mi się ich ściągnąć. Wbrew pozorom, mimo że to co oni robią nie jest łatwe, daj Boże takich headlinerów na innych festiwalach.

 

Dlaczego pana wybór padł właśnie na Pere Ubu?

Przymierzałem się do paru artystów w różnym wieku i charakterze. Wybierałem przede wszystkim tych, w których mniej interesuje mnie popularność, to co się o nich mówi, a bardziej co reprezentują - na ile są twórczy i na ile to jest niezwykłe. Pere Ubu jest przykładem muzykantów, którzy nie duszą się we własnym sosie. To jest zespół punkowy, czy - jak chcą niektórzy - post punkowy (chociaż ja nie za bardzo rozumem to nazewnictwo, bo oni powstali w latach kiedy grało się punka). Nigdy nie byli ortodoksyjnym zespołem punkowym, ale nie jest to kapela, która zatrzymała się w miejscu. Ostatnią płytę wydali w 2014 roku, ale jest fantastyczna. David Thomas to genialny lider, znakomicie prowadzący koncerty (sceniczny gawędziarz), a jego muzyka jest dość niezwykła. Ci, którzy wiedzą co to jest Pere Ubu - czytając komentarze - są zachwyceni. Ci, którzy sobie wyobrażają, że to będzie wydarzenie typu „powrót Sex Pistols”, są w mylnym błędzie. To jest zupełnie inny rodzaj muzyki, ekspresji, opowiadania. W sumie, jestem bardzo zadowolony, że (z całej mojej listy) akurat na nich wypadło. Równocześnie myślę, że każdy z artystów, którego sobie wymyśliłem, świetnie by się w tym „Jarocinie” odnalazł.

 

Gdy przeczytałam, że sprowadzi pan Pere Ubu na festiwal, skojarzyło mi się to z sytuacją sprzed kilku miesięcy. Robert Kaźmierczak - wiceburmistrz Jarocina - powiedział mi, że na Jarocin Festiwal 2017 pojawi się hip-hop i dodał: „Dla mnie osobiście dzisiejszy hip-hop to jest punk rock lat 80. i tak go traktujemy na festiwalu”. Gdy upubliczniłam tę wypowiedź, posypały się niepochlebne komentarze. A pan, jak się na to zapatruje?

Jest w tym bardzo dużo racji… Każde z wielkich wydarzeń muzycznych - pojawienie się punk rocka, grangu, hip-hop-u - są wydarzeniami nie tylko z muzycznej kategorii. Dlatego jestem przeciwny, aby robić z muzyki skansen, przypominać sobie punkowy żywioł, który grało się w Polsce w połowie lat 80. i próbować się teraz nim upajać. Pamiętam punkowe zespoły i połowa z nich nie przetrwała próby czasu. Stało się tak, ponieważ za całą filozofią punk rocka przemawiała również określona postawa. To nie było tylko granie. To było też manifestowanie postawy wobec życia. To, co rzeczywiście łączy punk rock z hip-hop-em to bardzo mocny społeczny charakter owej muzyki. Ale ewolucja tych gatunków jest zupełnie inna. Punk rock, właściwie, się nie zmieniał. Zespoły istniały, istniały i przestawały istnieć. Są tylko pojedyncze przypadki, jak Pere Ubu, w których kapele zaczęły tworzyć własną, trudną do określenia, jakość. Hip-hop ewoluował i to w stronę bardzo komercyjną. Cały czas istnieje i ma się różnie. Nie jestem wielbicielem tego, co się dzieje w hip-hop-ie - znacznie więcej wiedzą o tym moi synowie - ale orientuję się, że w brytyjskim dzieje się fajnie. Jest to muzyka, która nie przeszła jeszcze do lamusa, jak to ma miejsce z punk rockiem.

Mówi się o Green Day, że są zespołem punkowym. Jeżeli tak, to ja jestem mistrzem baletu nowoczesnego (śmiech). To jest bardzo komercyjny produkt stadionowy. Może i ma estetykę zbliżoną do punka, ale z samym punkiem ma niewiele wspólnego.

 

Wspomniał pan o synach, więc nie mogę nie zapytać, czy „Fisz” i „Emade” - również ambasadorowie tegorocznego „Jarocina” - radzili się pana co do tego, w jaki sposób podejść do Jarocin Festiwal 2017?

Absolutnie nie! Ja w ogóle nie mam zielonego pojęcia, kto się pojawi w ich dniu. Nigdy mnie nie pytali co zrobić, żeby nagrać płytę. Tym bardziej nie pytają mnie, jak zrobić koncert. Nie mam zielonego pojęcia, co się u nich będzie działo.

 

Czy, pana zdaniem, w „Jarocinie” jest też miejsce na inne - dalekie od rocka i punku - gatunki muzyczne, jak chociażby jazz, blues, muzyka elektroniczna?

Odpowiem na to pytanie, kiedy zobaczę, gdzie się ten „Jarocin” mieści... Koncerty mają odbywać się np. w kościele, a to jest doskonałe miejsce dla elektroniki. Tym bardziej, że jesteśmy w niej potęgą - mamy fantastyczną młodzież, jak np. Michał Jacaszek. Mamy też blisko do granicy, a niemiecka elektronika jest świetna. Jazz zmieści się na mojej scenie… Wszystkie kierunki, o których pani mówi, były w Jarocinie. Przecież najbardziej obleganym zespołem był Dżem, który ani z punkiem ani z hip-hop-em nie ma nic wspólnego. Najbliżej mu do bluesa. Każdy z tych kierunków powinien mieć tam miejsce.

Mi się jeszcze marzy, aby, oprócz muzyki, na „Jarocinie” pojawili się plastycy, zajścia uliczne - sztuka w szerokim tego słowa rozumieniu. „Jarocin” był wydarzeniem estetycznym. To był festiwal gromadzący ludzi niezależnych. Pamiętam, że będąc w Niemczech, albo w Holandii, widziałem film nakręcony przez BBC pokazujący dwa festiwale - w Kołobrzegu i Jarocinie. „Jarocin” był wizytówką wolności w Polsce. Udowadniał, że w Polsce też są wolni ludzie, wolnomyśliciele, których trudno zniewolić. Chciałbym, aby „Jarocin” znowu był synonimem wolności w sztuce. Marzyłoby mi się, żeby było tam jak najmniej muzyki popowej i tego co dzieje się na wszystkich festiwalach, a jak najwięcej sztuki. Wiem, że to jest trudne - nie rodzi się na jednym festiwalu i wymaga olbrzymiej determinacji, bo coś po prostu może nie wypali - ale jestem przekonany, że to jest jedyna droga. Chciałbym, aby Jarocin Festiwal był takim, którego na świecie nie ma - już kilka takich w Polsce udało się zrobić.

 

Czy zmiana publiczności na bardziej wymagającą jest kluczem do popularności tego festiwalu?

To jest trudne, bo wymaga zainteresowania słuchacza festiwalem. Wyobrażałbym sobie, żeby Jarocin Festiwal był pewnego rodzaju „bajeczką”. Jarocin - już na wjeździe - powinien być zrobiony tak, żeby miało się wrażenie, że wchodzi się w jakąś inną rzeczywistość. Rzeczą, która poruszy - nie tylko wymagające osoby - jest stworzenie atmosfery czegoś niezwykłego. To można zrobić. Wiadomo, że na festiwalu pojawi się kilku artystów, którzy mają kilkudziesięciotysięczną publiczność na każdym koncercie i w pewnym sensie, będą spełniać rolę headlinera, ale mnie by się marzyło, żeby samo hasło „Jarocin” wystarczyło, a nie to, kto tam zagra.

 

Ambasadorowie JF mają się co roku zmieniać. Z pana doświadczenia takimi projektami to dobry pomysł?

Wydaje mi się, że ambasadorami Jarocin Festiwal powinni być ludzie, którzy mają tego świadomość i poparcie w środowisku,. Tacy, którzy potrafią zainspirować różnymi akcjami, są w stanie połączyć muzyków do zagrania na koncercie czegoś otwartego i zrobienia czegoś z najwyższej półki. Tylko to. A takich ludzi jest dużo w Polsce. Mnie wybrano pewnie z racji wieku - starego wyjadacza przynajmniej nikt nie będzie żałował, jak się nie uda. Cały czas mam nadzieję, że to są „pierwsze koty za płoty” i, że ta edycja uruchomi w ludziach energię. Chciałbym być tylko zaczynem, żeby ludzie zobaczyli, że można, że się da. Czy tak naprawdę będzie, to się dopiero zobaczy...

 

Ambasador Waglewski zaskoczy nas czymś jeszcze?

Waglewski zaskakuje co roku, np. zmianą długości brody.

 

A tak bardziej festiwalowo?

Nie wiem, czy zaskoczę, ale np. nie wiem, czy zespół Mitch & Mitch jest znany milionom ludzi w Polsce. Nagrali fantastyczną płytę, są niesamowici koncertowo i nie wyobrażam sobie lepszej orkiestry grającej za dnia (grają o 16.30 w sobotę na Scenie Rynek - przyp. red.). Nie wiem, czy mimo powszechnego uznania tego co robi Wojtek Mazolewski, nie tylko w Polsce ale i na świecie, rzeczywiście tłumy wiedzą, na czym ta energia polega i skąd się to bierze. Artystów występujących podczas mojego dnia zapraszam do wspólnego zagrania paru rzeczy, więc istnieje szansa, że podczas koncertu Voo Voo pojawi się coś na kształt big bandu. Nie chciałbym, aby koncert Voo Voo był standardowym. Stawiam na to, co jest dla mnie najbardziej interesujące w muzyce, czyli improwizowanie. Będzie Natalia Przybysz, która jest asem. I jest Pere Ubu, które może u paru ludzi spowoduje odruch dosyć niechętny, ale wielcy artyści na początku zawsze miewali w nowych środowiskach więcej przeciwników niż zwolenników. To są wybitni artyści - bardzo niekonwencjonalni i niekomercyjni.

 

Gdzieś przeczytałam, że zamierza pan zagrać tylko jeden utwór z płyty „7”. Dlaczego?

To ewoluuje - myślę już o większej liczbie utworów. Sądzę, że to jest płyta fantastyczna, ale dość nudna…

 

Nie zgodzę się z tym, że jest nudna…

Cieszę się bardzo, ale w koncercie, który planuję, nie miałaby odpowiedniego wymiaru. To jest niestety minus sprawowania władzy nad koncertem, że - tak było też na Męskim Graniu - występ zespołu, z którym pracuje się na co dzień, jest mało istotny. Myśląc o całym występie nie myślę o tym, żebym sam wyszedł z tego festiwalu jako człowiek wysoki, przystojny, bogaty i niezwykle utalentowany. Zależy mi na tym, żeby cały koncert miał swoją dramaturgię. Zestawię rzeczy wymagające pewnego „wyrobienia” u słuchaczy. Granie po nich utworów cichych i spokojnych mogłoby być nudne. Chcę zrobić rzeczy, które sprawdzają się na tzw. „świerzaczku”, są energetyczne… Chciałbym, aby te wszystkie wystąpienia były interesujące muzycznie, momentami porywające. Gdybym grał samodzielny koncert, sięgnąłbym tylko po płytę „7”, ale to będzie parę godzin słuchania muzyki i trzeba brać pod uwagę wszystko co będzie się działo przed i po naszym koncercie

 

Wszyscy podkreślają, że Jarocin Festiwal 2017 to gigantyczny eksperyment. Będąc teraz w jego środku, co się wydaje panu największym zagrożeniem dla tej imprezy?

Jest tylko jedna rzecz, której jestem absolutnie pewien. Jestem pewny, że wszyscy artyści, których zaprosiłem, są świetnie przygotowani do tego, aby zagrać świetne, porywające koncerty, aby poruszyć publiczność i, że - od strony muzycznej - będzie to naprawdę duże, a przede wszystkim dosyć spójne wydarzenie.

Obawiam się - mam nadzieję niesłusznie - drobiazgów logistycznych. Tego, że scena okaże się nie taka, mieszkańcom będzie przeszkadzał łomot, z próbami coś będzie nie w porządku, miasteczko nie będzie wystrojone i nie zrobi atmosfery, organizatorom zabraknie troszkę wyobraźni (ze wstępnych rozmów wynikało, że chodzi nam wszystkim o to samo i, że to się uda)… Jak zwykle obawiam się też tego, czego boi się każda osoba próbująca robić w Polsce coś niestereotypowego, czyli, że tzw. „opinia” będzie mi piekielnie nieprzychylna. Kiedy zerknąłem do internetu po pierwszych ogłoszeniach Jarocin Festiwal, 99 proc. głosów składało się z jednego wyrazu: „Wypierdalaj!”. Na forum pisze to - zazwyczaj z nudów - paru pryszczatych młodzieńców w kawiarenkach internetowych, ale często to się przekłada. Czasami trzy osoby są w stanie spacyfikować koncerty, na których jest 20 tys. widzów… Zawsze w takich sytuacjach przypomina mi się coś, co opowiadał mi (na szczęście dawno temu) kolega z Nowego Targu. Po tamtejszym ryneczku szedł Wietnamczyk. Biegała za nim grupa dzieciaków i krzyczała: „Murzyn, Murzyn”… Tego się właśnie boję, żeby ta cała nagonka na Jarocin Festiwal i nieufność mieszkańców nie rozwaliły tego wydarzenia, zanim się jeszcze zacznie. Mam jednak nadzieję, że to wszystko jest dmuchaniem na zimne…

 

Jaki więc, pana zdaniem, będzie Jarocin Festiwal po 2017 roku?

Po 2017 roku 99,5 proc. opinii zabrzmi: „Znowu nic się nie udało! Po co w ogóle zapraszać takich starych pryków! Trzeba wziąć kogoś młodego. Najchętniej, żeby to był ktoś typu…” - i tu się pojawią nazwiska od Dody począwszy. Zęby zjadłem na tej robocie i wiem, że entuzjazmu to może nie wzbudzić. Mam to w głębokim poważaniu, natomiast, chciałbym, żeby pojawiło się światełko w tunelu - aby organizatorzy i mieszkańcy zobaczyli, że można zrobić coś wspólnymi siłami. Wiem, że trochę opowiadam dyrdymały, ale mówię to nie bez kozery, bo takie rzeczy po prostu się w Polsce zdarzają. Są festiwale wybudowane z niczego, przy pełnej niechęci do nich z wielu stron, które się udają. Bardzo bym chciał, żeby takie światełko się zapaliło. Może uda się więcej, ale ja zakładam program minimum…

Może się wszystko uda? A dlaczego nie! I ludzie wyjadą z Jarocina mówiąc: „Rany boskie, ale czad! A widziałeś to, słyszałeś tamto?!” Albo na Pere Ubu przyjedzie załoga z Kolonii, Berlina czy Pragi, bo to blisko… Może coś takiego się wydarzy? Oby. Mnie naprawdę - jak Boga kocham - najbardziej zależy na tym, żeby ten festiwal nie zdechł. Żeby wszyscy się tym wydarzeniem nasycili i mieli je ochotę robić dalej. Ten festiwal zdychał od paru lat, więc można powiedzieć: „Zamykamy kranik. Do widzenia. Robimy tutaj festiwal muzyki biesiadnej”, a można próbować walczyć. Chciałbym, aby na festiwalu - w mieszkańcach, organizatorach, ludziach, którzy tam przyjadą - zaczęło kiełkować wrażenie, ze można tam stworzyć jeszcze jedną „mapę kulturalną” tego, czego nikt jeszcze nigdzie indziej w Polsce nie zrobił tzn. taką, jaką „Jarocin” był kiedyś. Artyści, którzy tam wystąpią, prezentują sztukę, więc można być pewnym, że będą to koncerty na wysokim poziomie, bardzo rozmaite i różnorodne. Jest duża nadzieja, że to się uda.

Rozmawiała NATALIA PLUTA
 

 

2017-07-11 21:04 412

Komentarze

Ten materiał nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj komentarz

Twój mail będzie nie widoczny.